Wojtek

Dziennikarz, informatyk, specjalista od marketingu. Instruktor kietsurfingu IKO Level 3, POIK, żeglarz, sternik motorowodny.

Gdyby przyjrzeć się wypadkom na wodzie i zastanowić się, co jest największym wrogiem kitesurfera, odpowiedź jest dość prosta. To nie rekiny, krakeny i krwiożercze orki. To on sam.

W poniższym artykule znajdziecie siedem grzechów głównych kitesurfingu z przykładami, które sam widziałem, znam z pierwszej ręki lub od pracowników pogotowia.

NONSZALANCJA

Niekontrolowane loty

Pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Większość śmiertelnych wypadków i poważnych obrażeń wiąże się z zbytnią pewnością siebie. Nowicjusze giną rzadziej. Kitesurfer, który potrafi ostrzyć na wiatr, zatrzymać się gwałtownie na kilku metrach i nie straszne mu wysokie skoki zyskuje fałszywe przekonanie, że ZAWSZE będzie w stanie zapanować nad latawcem. Ta pewność sprawia, że zaczyna oswajać niebezpieczeństwo. Pozwala sobie pływać przy przeszkodach czy skakać przy brzegu. Nie straszne mu linie energetyczne, pomosty, mola, wystające kamienie. Nie bierze jednak pod uwagę nagłych zmian warunków atmosferycznych, wpływu przeszkód na turbulentność przepływu powietrza, awarii sprzętu, działania innych pływających czy ewentualnych błędów, które popełni. Niekontrolowany lot, spowodowany przez jeden z wymienionych czynników był przyczyną śmierci wielu kitesurferów. Upadek z wysoka na twardą przeszkodę w najlepszym przypadku kończy się kalectwem, a w najgorszym śmiercią. Głowa, nawet w kasku jest słabsza od betonowych bloków. Pamiętajcie o tym.

Pływanie w pojedynkę i bez asekuracji z brzegu

Wielu z nas robiło to wielokrotnie. Świetnie daję sobie radę na wodzie, mam ze sobą telefon, wokół wielu innych pływających, co mi się może stać. Tak? To przeczytajcie. Ten przypadek skończył się w miarę dobrze. Na spot przyleciał nieco ponad pięćdziesięcioletni, wysportowany, niezwykle dbający o zdrowie mężczyzna. Pożyczył sprzęt i dzień spędził na wodzie. Wieczorem miał lekki ból głowy i mdłości, które jak sądził były spowodowane niestrawnością. Musiał to być problem żołądkowy, bo przed wyjazdem zrobił wszystkie badania i  nic niepokojącego nie wykazały. Na jego szczęście prognoza wiatrowa na kolejne dni pokazała kompletną flautę. Na drugi dzień  objawy nieco osłabły. Na trzeci wybrał się na wycieczkę samochodem … i dostał udaru, w wyniku którego sparaliżowało mu prawą część ciała. Nie wiem, jak wyhamował, ale znaleźliśmy go całego na drodze, dzięki żonie, z którą jechał. Co to ma wspólnego z kitesurfingiem? Ano to, że gdyby wiało, na sto procent dostałby udaru na wodzie i zanim by ktoś to zauważył, i był w stanie pomóc, utopiłby się. Jeśli myślicie, że to Was nie dotyczy, mylicie się. Nadciśnienie, cukrzyca, palenie papierosów, choroby serca, zator, który właśnie zmierza by zapchać ważną arterię, to wszystko może Was przyprawić o udar. I zdarza się to coraz częściej w młodym wieku.

Jaki stąd morał? Asekurujcie się. Poproście swoją partnerkę, chłopaka, rodzica, instruktora, itp. żeby Was obserwowali. Jeśli zauważą, że długo pozostajecie w wodzie w jednym miejscu, poproszą kogoś o pomoc i może uratują Wam życie. Pływajcie ze znajomymi. Możecie się wtedy razem ubezpieczać. Weźcie z sobą na wodę telefon.

RUTYNA

Wykonując wielokrotnie powtarzane i opanowane do perfekcji manewry można mieć całkowitą pewność, że pewnego razu coś pójdzie nie tak. Wtedy często jest się zupełnie nie przygotowanym na taką sytuację.
Jako ilustrację podam przykład samodzielnego startu z plaży, manewr, który wykonywałem kilka razy dziennie. Podczas startu, w niemal idealnych warunkach, latawiec zamiast łagodnie unieść się do zenitu, nerwowo poleciał w strefę mocy. Po kilkunastu sekundach walki zakończonej krótkim lotem i przejażdżką po piasku udało się opanować sytuację. Na szczęście nic się nie stało, ucierpiała tylko duma.
Sprawcą okazał się stoper baru, który podczas rozkładania przesunął się na środek linki i spowodował start z wybranym barem. Podczas nieco panicznych prób opanowania latawca nie zauważyłem, że bar nie pracuje na pełnej długości centralnej linki. Co gorsza, nie będąc przygotowanym na problemy, całkowicie zapomniałem o zrywce, której powinienem użyć natychmiast, gdy coś zaczęło iść nie tak (wszystko działo się na plaży). Dlatego warto, od czasu do czasu, w sposób kontrolowany użyć systemu bezpieczeństwa, a przed każdym zejściem na wodę lub potencjalnie niebezpiecznym manewrem (zwłaszcza tym opanowanym do perfekcji) sprawdzić, czy jesteśmy przygotowani do ewentualnego wypięcia się.

ZŁA OCENA SYTUACJI

Pływanie po zmroku

Trawestując znane powiedzenie można by rzec, że nie zna życia ten, kto nie odbył spływu downwindem przy zachodzie słońca lub w świetle księżyca. Cisza, spokój, brak innych pływających i magiczne resztki światła pozostawiają niezatarte wrażenia. Często jednak zapominamy, że wiatr ma tendencję do gaśnięcia po zachodzie i że dzieje się to niezwykle szybko. Jeśli jesteśmy na głębokiej wodzie, pozostaje nam procedura self rescue, zwinięcie latawca na wodzie i płynięcie do brzegu wpław. A co, jeśli jesteśmy daleko od brzegu. Wtedy jedynym ratunkiem jest telefon i mocne gardło. Nie bójcie się wezwać pomocy. Ratowanie życie w Polsce jest nieodpłatne. Jeśli nie znacie numeru do WOPR, zadzwońcie do kogoś na brzegu i powiedzcie, gdzie mniej więcej jesteście. Poproście, żeby on zadzwonił po pomoc. Przydatne jest też jakieś światło, żeby pokazać ratującym naszą pozycję, więc oszczędzajcie baterie w telefonie, a przed pływaniem zawsze je naładujcie. Przypadek pary, który znam, skończył się podjęciem z wody przez rybaków i asystą przy łapaniu węgorzy do rana. A zaczął się od takiej właśnie romantycznej wieczornej sesji.

Gasnący wiatr

Pamiętacie przypadek kietesurfera, który wypływając z Jastarni wylądował w Gdyni. Po serii niefortunnych zdarzeń  i przy gasnącym wietrze znalazł się w Juracie. Miał okazję dopłynąć do plaży prezydenckiej, ale mimo pogarszających się warunków i braku telefonu wybrał dalsze płynięcie na Hel. Awaria latawca sprawiła, że odpychający wiatr wypchnął go na Zatokę a potem prąd dodatkowo zaczął znosić na morze. W efekcie wyłowiono go z wody koło Gdyni następnego dnia wieczorem. Tu znajdziecie pełen opis. Miał ogromne szczęście, że było ciepło. Pierwszym błędem było nie zabranie telefonu by wezwać pomoc i ewentualnie użyć jako latarki podczas nocnej akcji poszukiwawczej do wskazania swojej pozycji. Drugim zła decyzja o kontynuowaniu spływu na Hel zamiast dobiciu do najbliższego brzegu. Ochrona willi prezydenckiej pewnie nie byłaby uradowana, ale ważniejsze jest życie i nikt z tego powodu nie robiłby mu pewnie problemów.

Hipotermia

Długa zima sprawia, że z nadejściem wiosny mamy coraz większą ochotę popływać na kite’cie. Wiosenne słońce potrafi grzać całkiem mocno, zapominamy jednak, że temperatura wody jest w okolicy kilku stopni i powoduje niezwykle szybkie wychłodzenie organizmu. Przypadki, o których napiszę działy się w kwietniu na Półwyspie Helskim. Znajomy doświadczony kitesurfer pływał pod koniec kwietnia w Chałupach dość daleko od brzegu. Sesja była na tyle udana, że zlekceważył pierwsze oznaki hipotermii w postaci lekkich dreszczy i sinych ust.  Zimna woda wlewająca się do pianki robiła jednak swoje. Drżenie mięśni i osłabienie wziął również za efekt pierwszego w sezonie wysiłku. Problem pojawił się przy kolejnym upadku do wody. Wystąpił problem z koncentracją, i koordynacją startu na desce. Surfer zdał sobie sprawę, że to ostatni dzwonek, żeby wyjść z wody, bo kolejnego startu nie będzie już w stanie wykonać. Na szczęście wyuczone odruchy zadziałały i dopłynął do brzegu. Gdyby je zlekceważył w kolejnych stadiach straciłby poczucie upływającego czasu i ustałoby drżenie mięśni zwiększając jednocześnie ich sztywność. Prawdopodobnie nie byłby w stanie wystartować. Niezborność ruchowa, brak logicznego myślenia i postępująca utrata świadomości doprowadziłyby do niechybnej śmierci. Choć ta sytuacja skończyła się dobrze, kilka tygodni wcześniej miał miejsce podobny tragiczny wypadek w Rewie. Jeśli wydaje się Wam, że ludzi młodych i wysportowanych to nie dotyczy, niech będzie dla Was przestrogą przypadek młodego ratownika wodnego, który spacerował wiosną po plaży. Rzucał do wzburzonej wody kij towarzyszącemu mu psu. Za którymś razem pies miał kłopoty z powrotem na plaże z powodu przyboju. Ratownik wszedł do zimnej wody starając się pomóc pupilowi. Jak się okazało, też nie poradził sobie z przybojem. Wychłodzenie przyszło szybciej, niż myślał. Nieprzytomnego na brzeg wyrzuciło morze, a akcja reanimacyjna okazała się nieskuteczna. Zmarł kilkadziesiąt metrów od plaży. Pies przeżył. Wnioski wyciągnijcie sami i reagujcie na pierwsze oznaki hipotermii.

BEZPODSTAWNE ZAUFANIE DO INNYCH

Czynnik ludzki

Standardowy start i lądowanie latawca wymaga pomocy asystenta. Warto zadbać o to, aby była to osoba, do której możemy mieć zaufanie. Nawet wśród doświadczonych kitesurferów można znaleźć zadziwiająco dużo ludzi, którzy podchodzą do manewrów startu i lądowania latawca z ogromną nonszalancją. Byłem świadkiem historii lądowania doświadczonego kitesurfera w motorówce, gdy jego równie doświadczony kumpel po prostu puścił latawiec, gdy uznał, że jestem już we właściwym miejscu do startu. O ile przy starcie możemy odpowiednio wybrać i poinstruować asystenta kiedy wolno mu puścić latawiec, z lądowaniem może być już trudniej. Zazwyczaj gdy chcemy wylądować latawiec, na plaży znajdzie się ktoś chętny do pomocy. Niestety, zdarza się, że jest to osoba, która nie ma pojęcia jak to zrobić. Łapanie za krawędź spływu, położenie latawca na plaży w niebezpieczny sposób to tylko przykłady zachowania „pomocników”. Często też stają się głusi na prośby o nie pomaganie – „spokojnie, ja sobie poradzę…”. Jeśli nie jesteście pewni, że osoba asystująca przy lądowaniu będzie wiedziała co robić, lepiej wylądować samemu poprzez manewr self-landing bądź użycie zrywki i procedurę self-rescue.

GŁUPOTA

Przed burzą zawsze fajnie wieje

Ileż razy widziałem, jak amatorzy mocnych wrażeń wybiegali na wodę przed nadejściem burzy. Przez kilka czy kilkanaście minut wiatr się wzmaga i jest pływanie na „powerze”. O ile windsurferzy zawsze mogą położyć swój żagiel na wodzie, gdy wiatr jest za silny, o tyle w przypadku kitesurferów sytuacja jest bardziej skomplikowana. Doskonałym tego przykładem jest przejście wału szelfowego, przed którym prędkość wiatru potrafi z 12 węzłów wzrosnąć do 35, a pamiętajmy, że moc latawca rośnie w kwadracie prędkości wiatru. Tak więc trzy krotny wzrost prędkości wiatru powoduje dziewięciokrotny wzrost mocy latawca. To tak jakby przy niezmienionych warunkach wiatrowych zamiast latawca o powierzchni sześć metrów podpiąć latawiec dwudziestojednometrowy lub większy. Raczej nie chcecie być w takiej sytuacji. Nawet użycie zrywki nie gwarantuje, że nie będzie nas solidnie ciągnęło po wodzie. A jeśli pojawią się wyładowania atmosferyczne? To wtedy jesteśmy w tak zwanej … Dwudziestokilkumetrowe linki mokre od słonej wody doskonale  przewodzą prąd. Jeśli myślicie, że to bajka, to muszę Was wyprowadzić z błędu. Jestem naocznym świadkiem, jak bardzo zasolony latawiec w sycylijskiej wodzie ściągał ładunki elektryczne z powietrza „kopiąc” nieprzyjemnie po rękach przez bar. Dopiero uziemienie, poprzez lądowanie na wodzie, wyrównywało potencjały i można było dalej pływać do kolejnego kopnięcia. A działo się to bez widocznych błyskawic. W czasie burzy macie niemal stu procentowe szanse by zasilić szeregi laureatów nagrody Darwina.

Używanie elastycznego leasha podpiętego do deski

Jak pływaliście na morzu, to na pewno przyszło Wam do głowy, żeby podpiąć jakoś do siebie, gubioną od czasu do czasu, deskę. Nikt nie lubi bodydragów w słonej i zafalowanej wodzie. Naturalnym rozwiązaniem wydaje się drugi elastyczny leash. Nic bardziej mylnego. Taki patent to stuprocentowe uszkodzenie głowy lub śmierć. W momencie, w którym tracimy kontakt z deską ciągnący nas latawiec napina elastyczny leash i wystrzeliwuje deskę boczną krawędzią w naszym kierunku. Z reguły w kierunku głowy. Pamiętam historię dziewczyny, która stosowała ten patent i dostała centralnie w głowę, ale na szczęście miała kask. Nie uchroniło jej to jednak przez utratą przytomności na wodzie i wstrząsem mózgu. Gdyby stało się to dalej od brzegu, z pewnością by utonęła. Kilkucentymetrowa szrama na twarzy też nie wygląda zbyt dobrze. Międzynarodowa organizacja kiteboardingu IKO absolutnie odradza używanie elastycznego leasha. Jeśli już musicie się wspomagać, użyjcie dmuchanego rękawka zakładanego na rączkę lub Go Joe. Zapobiega on przewracaniu się deski na plecy i powoduje jej szybsze dryfowanie z wiatrem.

Zabezpieczanie linek

Poniższe przykłady mogą się wydać śmieszne, ale naprawdę się zdarzyły i mogły być potencjalnie bardzo groźne. Na każdym kursie kitesurfingu powinno się uczyć kursantów procedury self rescue. Z doświadczenia wiem, że są „instruktorzy”, którzy nie uczą nawet jak podpiąć poprawnie linki. „Z nimi popłyniesz w dwie godziny”. Nie wykonawszy tej procedury na sucho, albo znając ją w teorii, kursanci często zapominają sekwencji ruchów i improwizują. Po użyciu zrywki pozostaje kilka metrów linki, którą trzeba zwinąć, żeby dostać się do baru. I tu zaczyna się problem. Linka plącze się między nogami i przeszkadza. Pierwszą myślą jest, żeby ją nawinąć na nadgarstek, choć widziałem człowieka, który zaczął odkładać luźną linkę na szyi! Wytrzymałość linki to ponad 200 kg i szybciej odetnie Wam nadgarstek lub głowę, niż pęknie. A choć to mało prawdopodobne widziałem startujące latawce po użyciu zrywki, a leżące na wodzie też potrafią solidnie pociągnąć. Jeśli chcecie zachować ciało w stanie pierwotnym, nigdy nie owijacie linek wokół ciała, a dla bezpieczeństwa ściągajcie linki zawsze nachwytem.

CWANIACTWO

Nadpierszeństwo

Z grubsza wszyscy wiemy, że prawy hals ma pierwszeństwo i że stojący na wodzie kursant nie ma zdolności manewrowej. Przy zbyt małym dla naszego latawca wietrze często jednak decydujemy się na siłę przejść mu za plecami, żeby nie stracić wysokości. Podobnie, wiele osób „ciśnie” na lewym wbrew przepisom, jeśli sądzi, że zmieści się za płynącym z przeciwka surferem. W lato byłem świadkiem, jak sytuacja taka skończyła się uderzeniem kursanta deską w głowę i solidnym krwiakiem. Wizyta w szpitalu wykazała pęknięcie czaszki i kilkumiesięczne zwolnienie od sportu. A było o włos od tragedii. Kilka znanych osób nie żyje albo jest do dziś w stanie śpiączki po podobnych uderzeniach w głowę.

Szkoląc się zawsze używajcie kasku. Jak już pływacie samodzielnie, unikajcie części akwenu ze szkolącymi się. Ich zdolność panowania nad latawcem i reakcji na sytuację zagrożenia jest minimalna. A jeśli płyniecie na prawym halsie, też miejcie ograniczone zaufanie do innych pływających. I nie stawajcie w strefie zagrożenia kursantów uczących się sterowania i bodydragów. W zeszłym roku jeden z instruktorów po incydentalnym uderzeniu rozpędzonym latawcem w głowę, przez nieswojego kursanta, stracił przytomność i był reanimowany. Ponad miesiąc miał kłopoty z utrzymaniem równowagi. I wcale to nie jest śmieszne.

CHCIWOŚĆ

Brak leasha i pływanie na offshorze

Niech pierwszy rzuci kamieniem, ten kto nigdy nie zapomniał leasha na wodę. Chyba większości z nas zdarzyło się popłynąć choć raz bez leasha, Jeśli się na to decydujemy, to bądźmy gotowi na utratę latawca. Jeśli braki pamięci połączymy ze skąpstwem, skutki mogą być opłakane. Pamiętam historię, gdy w Chałupach w ciągu kilku minut bardzo wzmógł się wiatr. Siedząc na kempingu ujrzeliśmy kitesurfera, który „kroczył” po wodzie jak Jezus, z tym, że w przeciwieństwie do pierwowzoru krzyczał ratunku. Nagły wzrost siły wiatru sprawił, że latawiec zaczął go permanentnie wyciągać z wody. A dlaczego nie użył zrywki? Bo zapomniał leasha, a latawca przecież szkoda. Jak się to mogło skończyć, sami sobie dopowiedzcie. Skąpstwo prowadzi też do kłopotów przy pływaniu na offshorze na głębokiej wodzie. Jeśli mamy kłopot z halsowaniem do brzegu i nikt nas nie widzi, czasem trzeba podjąć męską decyzję i odpiąć latawiec albo dryfować na otwarte morze w nadziei na przepływający kontenerowiec. 🙂

Pływajcie bezpiecznie. Nie bądźcie kandydatami do nagrody Darwina.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

*